Liczba 69 jest sumą znaczeń liczb 6 i 9. Pierwsza symbolizuje natchnienie i pomysły pojawiające się w naszym umyśle w chwilach relaksu, odprężenia i wewnętrznej harmonii. Liczba ta przypomina również swoim znaczeniem o konieczności wybaczania. Druga reprezentuje stan osiągnięcia pełni w jakiejś dziedzinie. Związana jest z wysokim poziomem rozwoju intelektualnego, emocjonalnego bądź duchowego. Daje kontrolę nad własnym losem i wpływ na losy innych ludzi. Jej znaczenie związane jest z wynalazczością, pomysłowością i skutecznością. Jest to liczba zamykająca cykl.
Liczba 69—to także graficzne zobrazowanie znaku Raka.
Dla nas to także współczesne yin i yang. Chcielibyśmy aby właśnie takie były tu wpisy :)


wtorek, 25 marca 2014

Wątróbka drobiowa

"Woń trupka" chodziła za mną od wczoraj... już wieczorem mówiłam MaXowi, że zjeżdżam po pracy do Gdańska i kupuję u Nowaka wątróbkę i bułki.
Udało się, kupiłam pół kilograma, zapłaciłam tylko 3 zł z groszami...
W domu nie było czasu na moczenie w mleku, co miało wpłynąć na złagodzenie smaku... nie było też mowy o jabłku, bo najbardziej lubię jabłko w surowej postaci i takie też schrupałam, zanim zaczęło się smażenie...
Najpierw mycie i wycinanie zbędnych błonek, na które ochoczo spoglądała Sonia. Oczywiście dostała wszystkie resztki.
Potem obtaczanie w mące. W tym czasie MaX zajął się obieraniem i krojeniem cebuli i rozgrzewaniem patelni z dużą ilością masła klarowanego. Z reguły smażymy wątróbkę na oleju, dzisiaj postanowiliśmy spróbować na maśle klarowanym. Warto było.
Lubię taki niepisany podział obowiązków, często by przyspieszyć wspólne zjedzenie posiłku po pracy robimy coś wspólnie. Intuicyjnie i bez zbędnego wskazywania kto co - zajmujemy się tym co lubimy lub wiemy, że drugie nie chce tego robić. Ja nie lubię obierać i kroić cebuli i dlatego zawsze bierze się za tę robotę MaX. On nie obiera, nie oczyszcza i nie kroi mięsa - robię to ja i już. On doprawia, bo robi to lepiej.
Dzisiejsza wątróbka nawet za bardzo się nie buntowała, nie skakała i nie pryskała. Obsmażona ładnie z obu stron,  uzyskała nawet chrupiącą skórkę, nie lubię jak po naciśnięciu wypływa krew i dlatego tak długo się dusiła, aż nie było jej widać.
Cebulkę MaX podsmażył już po zdjęciu wątróbki z patelni, duuużo cebulki, wokół której zrobiła się otoczka ze smacznego masełka. Posolona i popieprzona wylądowała na wierzchu wątróbki. Do tego ogórek kiszony i buła i jedzonko tanie i smaczne ! 
Nie jemy takiego dania za często, może ze dwa razy do roku, bo wiadomo, że oprócz dobrze przyswajalnego żelaza, cynku i miedzi , oraz witamin A, D, B2, B12 oraz PP wątróbka posiada duuużo cholesterolu :(
Ale cóż, chodziła za mną, chodziła i zjedliśmy i mamy na parę miesięcy spokój.


SMACZNEGO !

niedziela, 23 marca 2014

Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty !!!

Nie ma jeszcze za wiele kwiatów w ogródku, wszystko budzi się do życia...a ja już nie mogę się doczekać, dlatego przypomnę sobie wiosnę i lato z lat poprzednich, zapraszam: 















Pizza domowa

Dzisiaj upiekłam 4 pizze: na płaskich, okrągłych blaszkach, na cienkim, chrupkim cieście, z szynką suszoną powietrzem, wędzoną dymem z drewna bukowego (z ulotki wyczytałam, że rzekomo bez dodatku wzmacniaczy smaku i barwników) ale i tak nie wierzę w to. Takie mamy czasy, że niestety, nie wiemy co jemy - a nawet jak nam się wydaje, że  wiemy, to i tak producenci przemycą to, czego byśmy nie chcieli... ale przecież nie zacznę hodować świń, kur, żeby mieć swoje, karmione wiadomo czym, żeby zdrowo jeść, nie ma szans... dlatego mój organizm chyba sam "wyczuwa" co się dzieje i w sposób naturalny odrzuca wszelkie mięsa... jak oglądąłam ostatnio kawałki schabu, karkówki, szynki, żeberek.... wyszłam ze sklepu z niczym... taki naturalny odrzut mnie ogarnął... zrobiłam na obiad naleśniki z twarogiem.
Ale miało być o dzisiejszej pizzy - czasami zamawiamy z Alicante, ale najbardziej lubimy tę moją, pizzę domową.

PRZEPIS NA CIASTO:
  • 5 szklanek mąki 
  • 1,5 szklanki mleka
  • 6 dag drożdży
  • 4 łyżeczki cukru
  • 4 łyżki oleju
  • 2 jajka
  • sól do smaku (daję cztery porcje na czubku łyżeczki)
Podgrzewam lekko mleko w garnku, dodaję cukier i drożdże, mieszam aż składniki się rozpuszczą.
Dodaję do przesianej mąki, wbijam jajka, wlewam olej, solę i zagniatam, wyrabiam parę minut, aż ciasto nabierze charakterystycznej rozciągliwości i elastyczności. Gdy jest gładkie i podczas próby rozerwania równo się rwie, przykrywam ściereczką i zabieram się za pozostałe składniki.
Przygotowuję sos, mieszając w misce koncentrat pomidorowy, ketchup ostry i łagodny, trochę przecieru z chili - co tam mamy w lodówce + zioła, czyli oregano, można dodać specjalną mieszankę ziół do pizzy :)

Następnie kroję takie składniki, jakie mają znaleźć się na pizzy, może być szynka, kurczak pieczony, tuńczyk z puszki.... najczęściej daję jakąś szynkę, pieczarki, paprykę czerwoną i zieloną i obowiązkowo cebulę, oraz potartą mozarellę.
Ciasto dzielę na 4 części, rozwałkowuję (kupiłam świetną matę silikonową w Tchibo - jest rewelacyjna, nie klei się do niej ciasto jak do blatu, nie trzeba podsypywać mąką).
Rozwałkowaną pierwszą pizzę układam na blaszce wysmarowanej olejem, następnie smaruję sosem pomidorowym, sypię ser, układam szynkę, paprykę i cebulę (pokrojone w piórka), potem pieczarki pokrojone w plasterki i posypane solą i pieprzem...a na wierzch jeszcze trochę tartej mozarelli.
Wkładam do nagrzanego do 220 C piekarnika i piekę "góra-dół" przez 15 minut - dzisiaj wystarczyło 12 i mozarella z wierzchu ładnie się zarumieniła.

 Moi Panowie lubią taką pizzę, czasami robię trochę na słodko z ananasem z puszki...ale tylko czasami.
Przed pieczeniem:

Po upieczeniu:





SMACZNEGO !





niedziela, 16 marca 2014

Sport jako panaceum na wszystko.

 Czuję się trochę wywołany do tablicy. Mirka zamieściła już dwa posty o sporcie, a ja milczę. Przyszedł jednak czas na moje trzy grosze w tym temacie. Tym razem bardziej jako felieton, ale w przyszłości postaram się także pochwalić własnymi "osiągnięciami".
 Czemu felieton, no okazuje się, że parę lat już na świecie jesteśmy, obserwowaliśmy swoich rodziców po troszę i dziadków, a i sami przeżyliśmy nie mało. Sprawność ruchowa i wysiłek fizyczny jest w moim życiu od kiedy pamiętam. Ze względu na pracę zarówno mój dziadek jaki i ojciec (do pewnego momentu) musieli utrzymywać właściwą formę fizyczną.
 Pamiętam czasy kiedy facebookiem był trzepak, który służył do wiszenia jak leniwce, jako bramka czy był po prostu towarzyskim miejscem spotkań. Pamiętam też, że oprócz piłki kopanej, każdej zimy sami wylewaliśmy wodę na lodowisko, a utrzymywała je prowizoryczna banda ze śniegu. Latem biegaliśmy nocami po parku i dostawaliśmy lanie od "starszych" jak nas złapali. Później weszła era gier komputerowych, ale i wtedy odrywaliśmy się od monitorów i pędziliśmy na boisko, pograć w piłę lub kosza.
 Już jako dorosły chłopak nocne imprezy leczyłem godziną na boisku do koszykówki i nawet teraz mając rodzinę i inne pasje poświęcam tej grze minimum 3 godziny tygodniowo. Bez sportu nie byłbym sobą, a moje życie wyglądało by pewnie inaczej.
 W obecnych czasach, coraz większej ilości godzin spędzonych za biurkiem, większej dostępności "złego" jedzenia, społeczeństwo odwraca się od aktywności fizycznej. Dzieci nie chodzą na WF, ale to rodzice się na to zgadzają. Lekarze wystawiają zwolnienia na choroby, które za czasów mojej młodości nie znajdowały się w leksykonach medycznych. Teraz dzieci mają komputery i konsole.
 Dziwi, ze tak samo jak dzieci zachowują się rodzice, zmęczeni pracą, nie mają czasu dla siebie samych. Na szczęście wraz z dobrodziejstwami "świata zachodniego" weszła moda na bycie aktywnym. Jak grzyby po deszczu rosną fitness kluby, w których w ekspresowym tempie panie doprowadzają swoje sylwetki do świetności, po świętach przed wakacjami, czy przed balem sylwestrowym. Nie mam nic przeciwko takim klubom, ale sam ich nie lubię, a chodzę tylko okresowo po sezonie koszykarski na siłownię w celu wzmocnienia stawów, a i to jest dla mnie udręką. Najgorsza w tej formie aktywności jest chyba moda na różnego rodzaju ćwiczenia, które mogą zrobić więcej krzywdy niż się wydaje. 
 Największym zagrożeniem w kulturze fizycznej stała się bariera finansowa. Reklama i dostępność różnej maści sprzętu sportowego powoduje, że "wstyd" biegać w zwykłych trampach i dresie no name. Dzieci aby móc uprawiać sport w klubie w większości muszą za to płacić, oczywiście rodzice, opłacać obozy sportowe i wyjazdy na zawody. Dorośli aby poćwiczyć w fitness klubie muszą co miesiąc wykładać na karnecik, nie małe pieniądze. Sport stał się przywilejem ludzi dobrze sytuowanych, ale takie czasy, każdy patrzy na kasę. Państwo także jak na razie nie jest zainteresowane tematem i nie stara się nawet udawać, że problem z dostępnością do sportu istnieje.
 Czy naprawdę jest tak źle ? No niby nie, odsetek otyłych w krajach wyżej rozwiniętych jest większy, ale zdobywają też więcej medali na imprezach mistrzowskich. Moim zdaniem wszystko leży w naszych rękach i nogach. Trenujmy swoje ciała regularnie, a nie okazjonalnie, wtedy nawet "modny" trening nie zrobi nam krzywdy. Bawmy się sportem i rywalizacją i nade wszystko nakłaniajmy nasze dzieci i młodzież do aktywności fizycznej, nie profesjonalnej, ale ogólnorozwojowej. My przez sport i jego uprawianie mamy zdrowsze ciała, lepszą odporność i dobre samopoczucie. A Wy ?

sobota, 15 marca 2014

Ciasto bez tłuszczu

Dzisiaj w Auchan okazyjnie kupiliśmy 3 kg jabłek za 2,70 zł :) MaX wpadł na pomysł, że przydałoby się jakieś ciasto, skoro... jutro niedziela, no i mamy tyle jabłek. Zaczęłam więc szukać w moich kartkach z przepisami spisywanymi ręcznie, tymi wydrukowanymi i szukałam.... szukałam....
Okazało się, że mam różne mąki: orkiszową, żytnią i ich odmiany a zwykłej, pszennej, tortowej - gdańskiej nie mam :(
Raff poszedł do sklepiku osiedlowego i przyniósł pszenną mąkę - tak jak chciałam, ale to była KRUPCZATKA ! Nigdy jej nie używałam, ale skoro już mam, to postanowiłam spróbować.

Przepis:
  • 2 szklanki mąki pszennej (krupczatki)
  • 1 szklanka cukru brązowego
  • 3 duże jajka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 6-8 jabłek
  • tłuszcz do posmarowania blaszki
  • bułka tarta do wysypania blaszki

Jabłka umyłam, obrałam i pokroiłam w cząstki ok. 1 cm.
 Zasypałam cukrem brązowym, wymieszałam i wstawiłam na 1 godz. do lodówki. W międzyczasie przesiałam przez sitko mąkę i wymieszałam z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną.
Po upływie wyznaczonego czasu do jabłek dodałam 3 jajka i wymieszałam drewnianą łopatką. Następnie dodałam mąkę wymieszaną z proszkiem i sodą. Po dokładnym wymieszaniu, przełożyłam ciasto do blaszki keksowej, wysmarowanej uprzednio " Kasią" i wysypanej bułką tartą.
Piekłam w temp. 180 C przez 40 minut, oczywiście jak zawsze sprawdziłam drewnianym patyczkiem, czy jest suche.
A a a a .... dodałam jeszcze kilka kropelek aromatu waniliowego.

Wyszło ładnie, pachnące, aromatyczne, MaX stwierdził, że taki zapach ciasta to On lubi :)
 Bez użycia miksera, mieszane tylko łyżką drewnianą, więc mogłam robić, gdy MaX ucinał sobie sjestę poobiednią...
Ciasto bez tłuszczu, więc dla osób dbających o figurę...
Można posypać na wierzchu cukrem pudrem, ale po co ? Jest wystarczająco słodkie i do niedzielnej kawy idealne.

Smacznego !





wtorek, 11 marca 2014

Topielce

Nazwa może nie za fajna, ale TOPIELCE to rogaliki drożdżowe, przepis od Zosi M. gdzieś sprzed grubo 10 lat :) ... Są mięciutkie i maślane, ciasto tylko lekko słodkie, a środek ...mhm, z czym kto woli, nutella, konfitura morelowa, lub masa makowa.

Składniki :
  • 500 g mąki pszennej tortowej
  • 200 g roztopionego masła
  • 30 g świeżych drożdży
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki ciepłego mleka
  • 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
  • 2 jajka
dodatkowo: jajko do posmarowania przed pieczeniem i konfitura lub nutella.

Drożdże rozcieram z cukrem i mlekiem i odstawiam na 10 minut, przykryte lnianą serwetką. Po upływie tego czasu mieszam wszystkie pozostałe składniki i wyrabiam ręcznie ciasto, aż będzie elastyczne (- moja ulubiona czynność z drożdżowym - wyrabianie właśnie, bawię się jak z plasteliną :).
Przekładam wyrobione ciasto do dużego woreczka i mocno zawiązuję. Ostatnio wrzuciłam kulę ciasta do zimnej wody bez worka i też było ok, co widać na zdjęciu poniżej :) 
Worek umieszczam w garnku lub misce z zimną wodą. Po ok. 20-30 min. ciasto powinno urosnąć i ... wypłynąć (TOPIELEC :) 
Wykładam je na stolnicę i dzielę na 4 części. Każdą z nich rozwałkowuję na okrąg o śr. ok. 30 cm. Dzielę na osiem cześci jakbym kroiła... np. pizzę :)
Na każdy trójkąt nakładam ulubione nadzienie, moi dwaj synowie wybierają nutellę. MaX i ja - konfiturę morelową z kandyzowaną skórką pomarańczową - co było oczywiście za mało słodkie i wręcz gorzkie dla "cukrolubnych".
  Zwijam od szerszego miejsca i formuję rogaliki, lekko zawijając końcówki  ku dołowi. Układam na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i zostawiam na ok. 20 minut, żeby się "napompowały".
Po tym czasie smaruję jajem, dzięki czemu ładnie się zarumienią podczas pieczenia. Piekę przez ok. 25 minut  w piekarniku nagrzanym do 180 C. Po upieczeniu można posypać cukrem pudrem, polać lukrem, u nas nie ma takiej potrzeby - ulatniają się jeszcze gorące.... acha, posypuję płatkami migdałowymi, bo mam i nie mogę ich jakoś zużyć :) 
Nie pamiętam, ale chyba układam te płatki przed pieczeniem, po kilka na rogaliku.... no tak, przed :)






SMACZNEGO !

poniedziałek, 10 marca 2014

Bieganie


Mhm, bieganie, niby bez sensu, bo biegniesz pół godziny, godzinę, więcej.... czasami kilka kółek jedną trasą, wciąż to samo, te same drzewa, te same ścieżki, zakręty, podbiegi.... a jednak nie jest tak ! 
Ten kto spróbował, ten wie, jaką to niesie frajdę, radość, niezwykłość to przebieranie nogami, ten szybszy oddech, czasem łapanie tchu... a można przecież leżeć na kanapce i pić winko... pewnie, że można, ale czemu najpierw się nie zmęczyć... trzeba sobie zasłużyć - ot co ! a nie tak łatwo wszystko dostawać lub dawać sobie samemu...
Jak zrobiłam pierwszą swoją "dyszkę", w maju przed dwoma laty, z radości zerwałam sobie wiecheć białych kwiatków rosnących gdzieś na ścieżce biegowej (nie wolno niszczyć zieleni, wiem, ale musiałam !) - śmiałam się sama do siebie, to było niezwykłe, niezwykłe...
Potem poszło... co dwa dni bieganko, na początku marudziłam, że wieje, że mży, że ciemno, wraz z upływem czasu nie miało to znaczenia. 
Lubię biegać w towarzystwie, ale z perspektywy minionych 2 lat dochodzę do wniosku, że jednak sama ze sobą i z moją muzyką czuję się najlepiej - zresztą widać to po innych biegaczach -rzadko jest więcej osób razem, raczej to samotne wybiegania, nikt Ci nie ucieka, na nikogo nie musisz czekać i zwalniać...

Idę do Leona, dokończę jak wrócę ;)

Z bieganiem szło mi nieźle, nawet zapragnęłam wziąć udział w Biegu Westerplatte (10 km)...i trenowałam sobie, aż do momentu, gdy wystąpiła kontuzja pt. "kolano biegacza" - rehabilitacja i ... rezygnacja  ze startu i 9 m-cy bez biegania . Łzy poleciały :( z bezsilności, złości, żalu. 
Po zaleczeniu kontuzji nastąpiły małe sprawdziany biegowe zorganizowane z okazji Dnia Matki - na 5 km, Bieg Św. Dominika na 5 km, Nocny Bieg Świętojański w Gdyni na 10 km i w końcu wyczekiwany przez  cały rok -  Bieg Westerplatte :) Potem 5 kilometrowy incydent z Biegiem Górskim po Górze Gradowej  - medale za ukończone biegi są- spoczywają w szufladzie :( 
Z biegami zorganizowanymi chyba się pożegnałam, wiem jak to jest biec w grupie kilku tysięcy biegaczy i wystarczy.
Teraz skupię się na tych biegach, które są tylko dla mnie - wprawdzie bez medalu, ale z ulubioną muzyką, moimi przemyśleniami, przeze mnie wybranymi trasami. 
Lubię to !